Pomożecie?


Link 10.01.2009 :: 22:10 Komentuj (12)
Właśnie sączę sobie Bushmillsa (mieli teraz 400 letnią rocznicę praw destylarskich) przed kompem pogrywając w Time Edge. Koty (Agrafka i Frida) bawią się przytulnie na dywanie tamponem wśród kartonów pizzy. Właśnie przeglądałem sobie strony PATu i Georgetown University jak i Heyhthrop College University w Londynie.

Zdałem sobie sprawę z niskiego poziomu teologii w Polsce i niskich szans na jakiekolwiek sukcesy w tej dziedzinie dla świeckich tutaj. Jest konserwatywny KUL ze swoją neoscholastyką, UAM i PAT które mają kilka wybitnych jednostek, ale ze względu na niskie zainteresowanie są skazane na nastawienie o charakterze katechetycznym. Na uczelniach pomimo że znajduje się kilka profesorów wybijających poza szarą masę i tak zostaną przygaszone przez brak popytu na tą dziedzinę wiedzy. Nic nie pobudza tak mistrza do dalszego działania jak zapał ucznia. Patrząc prawdzie w oczy ludzie z niewiadomych przyczyn nie chcą studiować teologii, matki wszystkich nauk, mimo że mogłaby znaleźć zainteresowanie nie tylko wśród paraktykujących katolików, wszakrze to szkoła życia. Dlatego zachęcałbym każdego, do studiowania tego przedmiotu, może to w jakiś sposób podniosło by jakość i specjalizacje. Bo bądźmy szczerzy, nawet jeśli PAT, jako pierwsza uczelnia w Polsce (a tak będzie) otworzy katedrę patrologii bliskiego i dalekiego wschodu (od Egiptu po Chiny), oraz jako jedyna uczelnia poza seminariami będzie oferowała naukę koptyjskiego i syryjskiego to kto przyjdzie to studiować? Nawet jeśli wyda się to komuś interesujące, to i tak kategoria "katolickości" będzie się ludziom kojarzyła z jakąś ciemnogrodzką indoktrynacją. Ludzie w tej wiktoriańskiej Polsce nie są w stanie sobie nawet wyobrazić, że teologia w niektórych swych aspektach jest bardziej liberalizująca i egzystencjalna, niż większość ruchów humanistycznych w Polsce, które (bądźmy szczerzy) jeśli porówna się do publikacji zachodnich są niczym wyciągnięte z XIX wiecznej Anglii! 

Ludzie! Jeśli nie jesteście praktykującymi katolikami, jesteście agnostykami, niepewni, czy poszukującymi to szturmujcie teologię i studiujcie ją nawet hobbistycznie, przemóżcie się przez tych pojedynczych skostniałych profesorów i brnijcie do przodu, bo teologia polska potrzebuje powiewu świerzości. Nie traktujcie jej jako przygotowania do zawodu bo nie o to w niej chodzi. Ma ona wychodzić z zamiłowania do wiedzy, poszukiwania odpowiedzi na podstawowe pytania egzystencjalne! Studiowanie dla zawodu teologii jest zadanym jej kłamem, wyburzeniem jej podstawowego fundamentu, próbą sformalizowania jej na urzytek komercyjny, który u swej podstawy przeczy tej dyscyplinie. Bądźcie teologami dla siebie i samej teologii! Bowiem teologiem staje się każdy kto działa teologicznie, a teologią jest każde mówienie o Bogu, ujmujące go w sferze sacrum. Teologia ma przejawiać się w każdej sferze życia teologa. Przy czym musi oscylować w odpowiedniej granicy pomiędzy fundamentalizmem a racjonalizmem, konserwatyzmem a progresizmem. Teologia nie jest nauką, dlatego potrzebuje innych dyscyplin by ją uprawiać, dlatego jako autonomiczna dyscyplina jest nieowocna bo jest pozbawiona ludzkiego wymiaru. Jak można mówić o Bogu, do ludzi nie znając języka ludzi? Więc wszelakie inne dyscypliny od fizyki, ekonomii, przez psychogię, kulturoznawsto i literaturę są konieczne. Teologia jest inkulturacyjna, zasadza się w wymiarze kulturowym, społecznym, ekonomicznym. O Bogu mówi się nie tylko językiem teologicznym. Dlatego potrzebne, a wręcz konieczne są te inne dyscypliny. Teologia ma przyszłość jeśli zostanie przyjęta przez ludzi nie jako nauka ale szansa, szansa na znalezienie odpowiedzi egzystencjalnej dla dzisiejszego, wbrew pozorom, zdehumanizowanego społeczeństwa, zapadłego w swój konsumpcyjny byt, pęd ku "mieć", a oddalającego się od "być". Erich Fromm grzmiał o tym 50 lat temu, a do dzisiaj się nic nie zmieniło. 

No liczę na was chłopcy i dziwczynki, żebyście wzięli się do roboty ;]




Water Buffalo Theology


Link 22.12.2008 :: 22:12 Komentuj (0)
Chciałbym przytoczyć słowa Kosuke Koyamy, japońskiego misjonarza na terenie Tajlandii, który kontynuując theologia crucis Karla Bartha, jak i kultywując tradycję Akwinaty, rozwinął swoją żywą metodologię teologii misjonarskiej theologia in loco, korzystającą ze zdobyczy systemów myślowych i kultury Tajlandii, jak i prowadząc żywy dialog interkulturalny (który w Krk został oficjalnie zatwierdzony z dekretem Vaticanum II- Nostra aetate):

"This morning, I will try to bring  the gospel of Christ through the medium of cock-fighting!"

Amen.






uzupełnianie zaległości


Link 07.12.2008 :: 18:32 Komentuj (0)
Po przeczytaniu wcześniejszych notek i najnowszej zauważyłem, że miała wiele braków (no w końcu 4 miesiące przerwy). Zapewne będę wspominał co jakiś czas o wydarzeniach, które mi się na bierząco przypominają.

No więc zacznę od stwiedzenia, które jak myślałem było obecne we wcześniejszej notce, no ale nietety. Mianowicie przeczytałem wszystkie książki Murakamiego wydane w Polsce (wiem, trochę mi to zajęło). Nie wstydzę się tego i jestem zadowolony. Wręcz powiem, że szczerze jestem zachwycony jego książkami. W opowiadaniach cienko przędzie, ale jeśli chodzi o długą formę to jest boski. Natomiast z krótkiej formy, to ostanio (ba, kilka miesięcy temu) przeczytałem zbiorek opowiadań Etgara Kereta. Jest cudowny, jest moim kolejnym prywatnym wieszczem.

W nowym mieszkaniu jest bardzo elo. Trchę daleko od centrum ale jest domowa atmosfera. Czysto, schludnie, spokojnie i przyjemnie. W sumie odległość też mi specjalnie nie doskwiera bo często Kawulok podwozi mnie na uczelnie i z powrotem, a czasem robi to Marcin, który mieszka w zasadzie jeszcze dalej od centrum przez co i tak przejeżdża obok mnie. Tak więc tłukę się z plebsem w autobusie bardzo rzadko :>

W piątek byłem na konferencji z Jean-Luc Marionem. W dyskusji był jeszcze Markowski, który jest ulubieńcem Kawuloka, oraz Gadacz i jakaś ładna i inteligentna kobieta, której nazwiska niestety nie pamiętam (zapewne dlatego, że wcześniej nie słyszałem o niej, lub tylko kiedyś przelotem), ale była dla mnie idealną syntezą piękna rozumu i ciała. Padłbym przed nią na kolana by została moim nauczycielem i kochanką, by nasze dusze, umysły połączyły się w koinonii. Nie ma bowiem nic piękniejszego niż zostać zapłodnionym przez czyjąś myśl, wiedzę, by ta z kolei zrodziła w drugim, poprzez tą unię, dziecko będące nieśmiertelnym dziedzicem dusz,umysłów tych osób. Mam chyba następnego daremnego crusha, ale to przez to, że tak mało kobiet zajmuje się filozofią, teologią itp. No i jeszcze żeby były dobre w tej dziedzinie. To jest problem, który gnębi ludzkość od prawie trzech tysięcy lat. Nic dziwnego, że sprzyja to intelektualnemu homoseksualizmowi (proszę w żaden sposób nie łączyć tego z kwestią fizjologiczną), który a owszem jest po dziś dzień aktualny. Gdybym miał spojrzeć na moich wykładowców, to chyba nie znalazłbym wśród nich kobiety z którą chciałbym nawiązać jakieś bliższe przyjacielskie stosunki, przed którą mógłbym w pełni otworzyć swój umysł i dusze bowiem takich wykładowczyń po prostu na religioznwastwie i teologii nie ma, które by mnie porwały swą wiedzą. W tym momencie intelektualnego crusha mógłbym mieć chyba tylko na ks. profesorze od dogmatyki, który swą aparycją przypomina św. Tomasza, ale jest niezaprzeczalnie człowiekiem, który mógłby zostać moim mentorem, a ja jego oddanym uczniem, niczym Sokrates i Platon. Na razie moim substytutem miłości intelektualnej są ksiażki, które jednak są niczym wobec prawdziwie mądrego żywego człowieka. Czytanie książek zamiast obcowania z nauczycielem to taka intelektualna masturbacja.

Tymczasem wewnątrz mnie rozgrywa się walka. Mianowicie niby miałem gotowy plan pracy magisterskiej, ale powoli zaczęła mi się zmieniać koncepcja. Niby o tym samym a jednocześnie coś innego. Mianowicie jestem na seminarium z teologii fundamentalnej u dr. Sikory, u którego miałem pisać nt wpływu kultury, religii Japonii na kształtowanie się tamtejszej teologii, prawdopodobnie z głównym uwzględnieniem Kazo Kitamoriego. W tym celu właśnie zmierząją ku mnie książki z amazona powiązane z tą tematyką, a ja powinienem się wziąć za naukę japońskiego. Zaczęła się we mnie jednakże rodzić także chęć napisania czegoś nt rozwoju chrześcijaństwa pierwszych wieków na wschodzie- od Syrii po Państwo Środka. W tym celu natomiast powinienem zacząć się uczyć języka syryjskego, czy jakiejś jego odmiany, by móc zapoznać się z odpowiednimi tekstami ukazującymi mi kontekst kulturowy tamtejszych regionów. Nęci mnie też w pewien sposób temat z dogmatyki, który byłby bardziej zbliżony do tego z teologii fundamentalnej, jednak by się skupiał na zupełnie innych aspektach tamtejszych prac teologicznych, mianowicie bardziej praktycznych niż interpretacyjno analitycznych.

A no i byłem w Toruniu w CSW. Trafiłem na czwartek więca udało mi się wejść za darmo. Sam budynek CSW jest na prawdę cudowny. Gorzej z jego zagospodarowaniem. Ekspozycje tymczasowe podobały mi się, natomiast stała wydaje mi się bardzo uboga. Już nie pamiętam jaka to była część wystawy ale bardzo podobała mi się instalacja wideo, chyba na I czy II piętrze. Potencjał to to CSW ma, zobaczymy co z nim zrobią, bo na razie się marnuje.

Zjazd Meditatio 2008 jak i konferencja w Warszawie były super. Poznałem czecha z Kościoła Jana Husa, osobiście też poznałem o. Freemana, Lame Rincze, jak i Roshi Reiko. Jakoś z Rinczenem i Freemanem najlepiej mi się gadało i porobiłem sobie znowu wtyki i pobudowałem mosty ;]

Teraz idę się intelektualnie pomasturbować nad lekturami z dogmatyki i filozofii...


Patydzień


Link 04.12.2008 :: 23:49 Komentuj (0)
darmowy hosting obrazków
Uh. Utraciłem znowu ciągłość. Nie wiem czemu ale zauważyłem że najczęściej piszę bloga, nie wtedy kiedy mam w chuj czasu i dostępny komputer, ale kiedy owego czasu nie mam prawie w ogóle i wtedy kiedy mój komp najzwyczajniej w świecie się zjebie. No więc tak się składa aktualnie, że czasu mi brakuje, nawet w takim stopniu, że przysłowiowo nie można się wysrać, jak i mój komputer jest w stanie opłakanym, to znaczy martwy. Planuję od dwóch tygodni wysłać go do specjalistów od wskrzeszania takichże maszyn, bym mógł dalej wykorzystywać go do niecnego przesiadywania na 4chanie, naszej-klasie i Time Edge. 

Z czasem krucho bo jak już obiecałem [sobie] studiuję oprócz teologii pierwszy i drugi rok religioznawstwa. Nie przepisano mi kilku przedmiotów niestety przez co niestety musiałbym słuchać 10 raz o jaskini platona i kantowskich imperatywach gdyby nie to, że na szczęście mam w tym czasie ćwiczenia z patrologii. 
No i tak sobie żyję jak zwykle ciułając z dnia na dzień po najmniejszej linii oporu, tak żeby zdać a nie musieć siedzieć całymi dniami nad książki (np. teraz, kiedy we wtorek mam kolokwium z dogmatyki z dwóch przechuj książek, kolokwium z patrologii na którą muszę przeczytać jakieś apokryfy i akta męczenników, oraz jestem zobowiązany przygotować w końcu zajęcie na pedałgogikę).

Mam w pewnym stopniu usystematyzowany tydzień. Przedstawię jak to mniej więcej wygląda (bardziej "więcej"):
poniedziałek: zawsze kolokwium ze wstępu do religioznawstwa, czasem z etnologii religii, ogólnie muszę czytać po dwie książki na poniedziałek i czasem coś na ćwiczenia z islamu.
wtorek: zawsze kolokwium z patrologii, czasem coś z dogmatyki. Ogólnie do przeczytania jedna książka z dogmatyki i jakieś fragmenty tekstów z patrologii.
środa: to jest najbardziej schizowy dzień. W środku tygodnia, wstaję o 7 i wracam po 19. Przy czym we wtorek i w poniedziałek też tak mam, tylko że do środy jestem już tym zmęczony, a na ten dzień mam najwięcej do czytania. Z religii bliskiego wschodu tak 200 stron zawsze. Łatwiej kiedy tekst jest ściśle historyczny lub religioznawczy, gorzej natomiast (jak było ostatnio) kiedy jest o jakieś pierdolonej gramatyce akadyjskiej, sumeryjskiej, asyryjskiej, aramejskiej. Nie wiem jak mi się w życiu przyda wiedza o tym, że Temat III/II wyrazu "parasu"- "rozstrzygać" 3 os. l. poj. występuje w dialekcie hymniczno-epicznym i jakie ma ono znaczenie... Do tego zawsze dochodzą jakieś teksty z psychologii z którymi rzadko nadążam, no i teksty na ćwiczenia z hinduizmu. 
czwartek: trochę bardziej lajtowo czyli np. ponad 100 stron o historii klejenia łuku refleksyjnego i ewolucji rydwanów. Na seminarium magisterskie czasem muszę coś poczytać, ale ogólnie to czytam sobie po prostu jakieś książki związane z magisterką albo jakieś artykuły w necie, a aktualnie czekam na dostawę książek z amazona.
Piątek: najbardziej lajtowy dzień. Wykład z religii bliskiego wschodu II lub teologii moralnej (są w tym samym czasie), wykład z pedałgogiki oraz ze starego testamentu. Jedyny dzień kiedy nie muszę się zarzynać i jeździć na kawie dzień wcześniej z jakimiś tekstami. 
W weekendy nie chodzę nigdzie po mieście/ pubach bo
a) wszelkie pieniądze idą na książki i szybkie posiłki na mieście
b) mieszkam na końcu krakowa i nie mam nocnego do siebie przez co musiałbym nocować u kogoś albo zapierdalać taksówką

No to macie mniej więcej wgląd na moje życie. 
Właśnie przypomniało mi się, że chciałem napisać coś o moim pobycie na konferencji ekumenicznej z buddystami itp ale jakoś wypadło mi z głowy, a dalej mi się nie chce już pisać.

PS. Poczytajcie sobie kiedyś dokumenty starochrześcijańskie- listy, akta synodalne i soborowe i tego typu rzeczy. To jest lepsze niż jakikolwiek serial. III i IV wiek musiał być cudowny. To jest jak czytanie jakiejś powieści z dreszczykiem. Zdrady, wojny na słowa i poglądy, problemy w przekładach pism z greki na łacine i odwrotnie, pomówienia, rozterki osobiste, przekupstwa, oskarżenia, wygnania, męczennicy, prześladowania i oskarżenia wobec chrześcijan. Sądzę, że możnaby spokojnie zrobić o tym serial, najlepiej żeby był w orginalnych językach, czyli po syryjsku, grecku i łacinie. Spokojnie przebiłby tasiemce pokroju Rzym. Fabuła mogłaby się osadzać od czasów Klemensa Rzymskiego, (a nawet ciut wcześniej) po końcówkę IV wieku. Mógłby to nakręcić Mel Gibson z J.J. Abramsem (btw. dowiedziałem się, że moje urodziny są w dniu urodzin Abramsa).

PS2. Okazało sie że teologia nie jest osamotnionym kierunkiem i na religioznawstwie też są osoby skrzywione. Oczywiście o wiele wiele mniej, mógłbym ich policzyć na palcach jednej ręki. No i rzecz jasna są tam kobiety, a nie karykatury kobiet. Niektóre osoby przypominają mi teologów z drugiej strony lustra. Jedni wierzą w jakieś zabobony i się modlą żeby się ich wystrzegać, inni z kolei też wierzą w te zabobony i w nich siedzą, bo to teraz taki szpan żeby się nazwać neopoganinem i szamanem, mimo że posługuje się siatką pojęciową, językiem i logiką schrystianiozowanej filozofii hellenistycznej (najlepsze jest to, że nie zdają sobie z tego sprawy).

Zdjęcie: Brak miejsca na książki


Kino, kablówka, Murakami, whisky & Rolling Stones


Link 06.08.2008 :: 17:30 Komentuj (1)
Najpierw w skrócie:
W ostatnich dniach (tygodniach) byłem w kinie na Archiwum X, WALL.E, Wanted, Mumia 3, Dark Knight poza tym obejrzałem dwie wersje I AM THE LEGEND (reżyserską i kinową). W TV z większych filmów to Rocky IV i pierwszy film Star Trek. Z książek przeczytałem Kafkę nad morzem, Koniec Świata i Hard-Boiled Wonderland, jak i Na południe od granicy, na zachód od słońca. Jestem od tygodnia w Toruniu. W Krakowie zmieniam mieszkanie na nowe i zajebiste. Szkoda mi starej ekipy, ale zdążyli mnie znienawidzić za to, że nie poinformowałem ich na czas o zmianie mieszkanie więc elo ;[

Teraz będę się trochę rozwodził, więc podziele to na części.
Więc tak.

Archiwum X. Ogólnie klimat fajny. Nadal się zastanawiam czy brak kosmitów wyszedł na plus czy na minus. Dzięki pominięciu tego wątku w sumie można potraktować ten film jako niezależny thriller, ale nadal jest sporo nawiązania do akcji serialu i głównego wątku. Cały czas są jakieś drobne odniesienia i mrugnięcia do widza, jak wątek zagubionej (porwanej przez kosmitów?) siostry Muldera, wątek związku Muldera i Scully, spisku władz politycznych z kosmitami (znany motyw muzyczny Archiwum X przy zdjęciu Busha), czy wiele innych. W sumie najbardziej chyba irytującymi fragmentami filmu były te z pokazywaniem Scully i jej rozterek dotyczących przeprowadzania kontrowersyjnego i niebezpiecznego zabiegu na swym podobiecznym z jakąś wrodzoną wadą mózgu. Na początku jak Scully szafowała jakimiś nazwami z medycyny, biotechnologii czy czego tam, żałowałem że nie ma obok nas Wasyla, który by nam wytłumaczył o co do jasnej cholery chodzi. Podtytuł "I want to believe" pasował dość do tej części. Postać księdza pedofila (a jakże), który ma wizje po których odnajduje zwłoki i zaprowadza agentów na miejsca zbrodni jest kontrowersyjna o tyle, że nie wiadomo zbytnio czy posiada jakiś dar, czy po prostu ściemnia żeby jakoś się zrehabilitować w oczach ludzi. Ogólnie dla fanów Archiwum X, albo ludzi którzy może nie są jakimiś zapaleńcami, ale wspominają to z nutką sentymentu polecam ten film. Mi się tam podobał. Jedynie co mnie wkurzało przez cały seans, to siedząca obok nas para, jakiegoś przegiętego frajera i jego laski kokietki, która cały czas piszczała, pierdoliła jakieś głupoty i bawiła się komórką. Gdyby siedzieli przedemną skręciłbym karki skurwielom. Najbardziej żal mi tow. Mateusza, który musiał cały czas obok nich siedzieć.

WALL.E. Ogólnie film bardzo na plus. Nie znalazłem w tym filmie nic co psułoby mi smak. Zrobiony w sam raz na swoją miarę. Czyli nie poruszono wątków których nie rozwinięto, nie zaczęto spraw których nie skończono i nie pokazywali czegoś co nie powinno być pokazane, a czego potem nie wykorzystano (pisząc to wszystko nie mogłem wyrzucić z myśli nieszczęsnego Superman: Powrót, który złamał te wszystkie zasady i miał największą ilość niewyeksploatowanych pomysłów w scenariuszu ze wszystkich filmów ostatnich kilkunastu lat kina). Dużym plusem była mała ilość dialogu i budowanie klimatu samymi obrazami, hasłami z reklam, gazet, codziennym "życiem" WALL.Ego i muzyką, w której nie zabrakło Louisa Armstronga. Adam powiedział, że klimat lepszy niż w I AM THE LEGEND, wręcz na miarę Fallouta z czym w sumie bym się zgodził. Film porusza temat dzisiejszej globalizacji, urbanizacji, konsumpcjonizmu i innych rzeczy, które przyczyniają się do "psucia" dzisiejszej ludzkości tworząc z nich nieczułych, leniwych, głupich, uzależnionych od wielkich korporacji spaślaków. Ludzie dążą tak naprawdę do tego by tak jak w najniższym stadium ewolucji po prostu wegetować. To już wykracza poza wybór między "człowiekiem" a "rzeczą" jak u Ericha Fromma (dla tych bardziej w prawo niech będzie "być", "mieć" Karola Wojtyły). W tym momencie "być" kończy się na jak najdłuższym, bezwysiłkowym, jak i bezemocjonalnym życiu, a "mieć" kończy się na wszystkich udogodnieniach związanych z jedzeniem, piciem, spaniem i bazową komunikacją międzyludzką czyli przez komunikatory komputerowe. Zatracono chęć dążenia do Prawdy, Dobra, Piękna. Wszystko co im potrzebna to ich lewitujący leżak, komputer i posiłek na zawołanie. Przetrącenie wszelkich systemów wartości. Sądzę, że z takiej wizji nawet stary Fred Nietzsche by się nie ucieszył- bo czy te spaślaki przypominały nadczłowieka? Wątpię. No ale na szczęście, kiedy ludziom zabrać klapki z oczu, odebrać jedzenie i pokazać coś ładnego to trochę się mobilizują i nawet są w stanie poświęcić swoje tyłki i popracować trochę dla... właśnie czego? Przemyślmy to przez minutę lub dwie.

Ostatnie dni namiętnie spędzam na czytaniu Ptaka Nakręcacza Murakamiego, słuchaniu starych dobrych Stonesów oraz piciu whisky o czym za chwilę dalej.
Nie jestem znawcą whisky, szczerze nawet powiem, że do niedawna nienawidziłem czystej whisky i za cholere ilekowlwiek razy bym próbował i jakie gatunki by to nie były nie byłem w stanie się nią delektować. Przy większej ilości jej wręcz mnie mdliło. Jeśli już piłem to tylko z Colą i lodem. Pamiętam jak z Wasylem i Sosem piliśmy Jacka Danielsa z wodą. Nie był aż tak źle ale nie zmienia to faktu, że było to po prostu niesmaczne. Chyba rok temu, jeśli się nie mylę (a może dwa) piliśmy u Qba jakieś whisky ze Ślękiem, Pavulonem, Ewą i biernym Kargulem. Pamiętam, że zfiniszowanie jej było ciężkim orzechem do przetrawienia dla mojego żołądka. No ale jakoś ostatnio się pozytywnie nastawiłem do whisky. Po prostu chyba tak często ją piłem w różnych ilościach i różnych gatunków, że nauczyłem się ją pić. Zapewne duży wpływ miały na to imprezy u Marcina gdzie Ballentines przelewał się w dość dużych ilościach. No ale właśnie tak jakoś ostatnio miałem czas posiedzieć i popróbować sobie whisky. Na szczęście w domu mam trochę tego w barku więc nie musiałem się z tym specjalnie gimnastykować. Więc po dotkliwym przeanalizowaniu podstawowych gatunków jak Jack Daniels, Johnnie Walker: Red Label, Ballentines i Bushmills doszedłem do odpowiednich wniosków i wypracowałem sobie własne preferencje i gust, co było niemożliwe wcześniej gdyż wszystko było tak samo niedobre. No i wygrał Bushmills. Posiada najstarszą licencję na destylowanie whisky na świecie. Ta którą piłem była trzy razy destylowana, czyli chyba standard- nie znam się na tym i nie czytałem żadnych materiałów z tym powiązanych, a była to ich zdaje się najbardziej standardowa oferta (wiem, bo pamiętam jak kupowałem ją trzy lata temu w Irlandii). Moje obrzydzenie do whisky przebiegało jak moje obrzydzenie do oliwek w dzieciństwie, z obrzydzenia przerodziło się w szczerą fascynację i uzależnienie. Mam nadzieje, że uzależnienie od whisky mi nie grozi.

Na dniach mam też zamiar w końcu zwiedzić nowe Toruńskie muzeum. Podobno ma największą przestrzeń przeznaczoną dla sztuki współczesnej w Polsce ;]

Jeszcze chciałem dodać, że AXN powinno zmienić swoją ramówkę. W ostatni piątek prawie umarłem z głodu, odwodnienia itp. Mianowicie mam trzy kanały AXN i TV1000 i non stop, przez dwa dni leciały na zmianę wszędzie albo CSI, albo któryś Star Trek, albo Star Gate. Normalnie odejść nie można było...

Resztę dokończę później ;]


Shalom :O


Link 23.07.2008 :: 13:19 Komentuj (2)
Dobra. Niech będzie wpis już w końcu. Trochę zaległości się narobiło.
Postaram się najpierw napisać o rzeczach, o których miałem już dawno napisać.
Cofnijmy się o erę wstecz, czyli do dwóch tygodni Przed Czwartą Sesją. 

Dokładnie pamiętam ten dzień. Środa, przedostatnie zajęcia na monografie dr Piotra Sikory. Wtedy to w trakcie wykładu, gdy tłumaczył związek między filozofią zen a chrześcijaństwem postanowił odwołać się do jednego z najbardziej znanych cytatów popkultury. Najpierw jednak zapytał się, kto oglądał Gwiezdne Wojny. Niestety nie pojawił się las rąk, przez co zrezygnowany stwierdził, że jak może prowadzić wykład z mistyki skoro studenci mają braki z elementarnej wiedzy. Chodziło oczywiście o słowa Yody skierowane do Luke’a Skywalkera „Don’t think, just do it”. 
Następnie wracając z wykładu, na ulicy sławkowskiej obok kościoła św. Marka zobaczyłem starą niemiecką ciężarówkę, czarny wóz dowództwa III Rzeszy i maszerujący oddział Wermachtu.
Nawet jeśli działo się coś ciekawego do ukończenia sesji to już zapomniałem o tym. Może kiedyś przytoczę jako anegdotkę, jeśli się mi coś przypomni.

Sesje zdałem z chwalebną średnią 4.3 i wszystkimi zaliczonymi na czas egzaminami. Postaram się mimo wszystko, następnym razem nie zachować jak popierdoleniec i nie zostawiać sobie wszystkich egzaminów na koniec, bo 2-3 egzaminy dziennie to nie jest to, co Pat lubi najbardziej.

Słyszałem pogłoskę, że PAT (nie ja, tylko uczelnia) będzie zmieniała nazwę na Uniwersytet Jana Pawła II, co mam nadzieję nie nastąpi. W związku z czym wprzód informuję, że zmiana mojego pseudonimu z Pat na UJPII nie wchodzi ni chuja w rachubę, że się tak kolokwialnie wyrażę.

Wyprowadzam się z Pędzichowa. Wiem, że wiele osób będzie mnie opłakiwało no ale co się stało(stanie) to się nie odstanie. Było miło i sympatycznie, no ale życie leci, panta rei, takie tam. Co zrobić.

Aktualnie wróciłem z Izraela i Palestyny. Było bez owijania w bawełnę bosko, żeby nie używać wulgarnych wyrazów. Jestem zakochany i zamierzam tam wrócić. Słońce, piasek, święte miejsca, wykopaliska archeologiczne i piękne żydówki w mundurach. Czego chcieć więcej od życia? No i jeszcze te oliwki. Mają tam pyszne oliwki. No i bazary. Nie jesteś traktowany jak trybik w wielkiej machinie konsumenckiej, który idzie do supermarketu kupuje to i to za tyle i tyle a stara baba przy kasie traktuje Cię jak śmiecia, kiedy nie masz drobnych. Może arabowie próbują Ci wcisnąć jakieś bzdety ale przynajmniej traktują Cię, chociaż może pozornie, jak przyjaciela, częstują Cię kawą, herbatą, możesz wytargować 1/3 ceny i jeszcze dorzucą Ci coś gratis i poproszą żebyś przyprowadził znajomych. Wracam za rok jak nic ;]

Sklepy wyglądały mniej więcej tak:



Przypominało mi to trochę scenę z tego filmu, zwłaszcza jeśli chodzi mi o te ciasne ciemne uliczki w muzułmańskiej dzielnicy, która niestety nie została tutaj zobrazowana :[


Pomimo 45 stopni w cieniu i powyżej 60 na słońcu chyba nie opaliłem się specjalnie. Mam chyba jakiegoś resista na daylight.

Spisałem jakiś tam dziennik po części , więc sądzę, że jakoś może później go wrzucę wraz ze zdjęciami czy czymś tam.

A jeśli chodzi o bezpieczeństwo to ogólnie jak zwykle telewizja kłamie więc wyrzućcie telewizory przez okna i zajmijcie się czymś pożytecznym. Są tam jakieś konflikty ale bez przesady. Może zwykli ludzie chodzą sobie z karabinami po ulicy ale nikt się nie strzela nigdzie. Czy to w mieście, na przedmieściach, w Izraelu, Palestynie, na pustyni czy przy granicy. Nawet jeśli, to nie na taką skalę, jak pokazują to zakłamane media. Biedni ludzie tego słuchają, a potem tacy turyści boją się wejść na stare miasto czy przedmieścia bo myślą, że im kto gardło poderżnie albo zastrzeli. Nie jestem zwolennikiem teorii spiskowych ale konflikt ogólnie nakręca Rosja, USA i Chiny bo sprzedają tam broń, przyjeżdzają ich firmy, ludzie, kupują ziemie i budują własne siedziby. Ludzie na miejscu już dość mają tego konfliktu. Wystarczy się przejść uliczkami i zobaczyć ile jest szyldów po rosyjsku i angielsku. Sam fakt, że na miejscu prawie w ogóle nie posługuje się miejscową walutą tylko euro i dolarami daje trochę do myślenia. A Sharon to głupi kutas bo nie mogliśmy przez niego do meczetów wejść.

Byłem przedwczoraj na Hancocku. Niestety był średni. Liczyłem, a nawet byłem napalony na coś więcej. Teraz trzeba iść na Kung Fu Pandę, WALL.E, Wanted jak i czekać na Hellboya II, Dark Knighta, Z archiwum X: Chcę wierzyć, Star Trek, Mumia 3(tak pójdę na to, dam radę), Outlander, Strażnicy no i rzecz jasna James Bond ;] Byłem też na  The Happening.  Nie wiem czemu nie zaliczyli tego do komedii.

A tutaj na dokładkę izraelski zespół jakiego ostatnio słucham ;]




Początek Sesji Lato 2008


Link 07.06.2008 :: 21:52 Komentuj (0)
Znów zaczęła się sesja. Szczerze mówiąc niewiele na razie zrobiłem. Jestem w fazie wstępnej nauki do egzaminu z Historii Kościoła, Filozofii Religii i pisania pracy na Psychologię Religii.

Przez ostatni tydzień mało spałem i o dziwo sporo się uczyłem, biegałem z uczelni na uczelnie i takie tam. Mam wrażenie, że to był mój najbardziej pracowity tydzień w tym semestrze. Nie miałem przez to czasu na gotowanie, więc chodziłem na posiłki gdzieś na miasto albo do galerii. Moja lodówka przez to świeci pustkami. Przez ten czas jak do niej nie zaglądałem, jajka mi się trochę rozbestwiły.

Babcia Jania wróciła z miesięcznego pobytu w Tajlandii, gdzie się doskonale bawiła i przelewała hektolitry alkoholu. Szczerze mówiąc wrócił o jakieś 20 lat młodszy. Pofarbował sobie włosy, zaczął nosić tenisówki i flanelowe koszule w kwiaty.

Skończyłem czytać w tym tygodniu Śnieg Orhana Pamuka. Szczerze mówiąc trochę się męczyłem z tą książką. Fabuła była ciekawa, a książka sama w sobie interesujące. Niestety wydawało mi się jakby Pamuk momentami przynudzał. Zwłaszcza, że pod koniec główny bohater zaczął mi się wydawać odrobinę antypatyczny. Zdaje mi się, że z tej książki wyniosłem więcej niż z niejednej książki Murakamiego, ale po prostu forma mi chyba niezbyt odpowiadała. Duże prawdopodobieństwo, że to wina tłumaczenia. Podobno w oryginale Pamuk jest wspaniały i można się rozkoszować każdym zdaniem, które wyszło spod jego pióra. Niestety nie jestem w stanie czytać go w oryginale. Teraz zabrałem się za Kafkę nad morzem Murakamiego. Przeczytałem dopiero coś ponad sto stron, więc ciężko mi coś powiedzieć. Jak zwykle to bywa u Murakamiego, jest trochę dziwnie.

Zacząłem kupować brytyjskiego Vogue’a po tym jak zostałem któryś już raz z kolei zawiedziony tym że nie rozumiem włoskiego i omijają mnie jakieś fajne artykuły. Po przeczytaniu czterech artykułów w Vogue nauczyłem się więcej nowych słówek po angielsku niż w ciągu dwóch ostatnich lat nauki angielskiego.

Oglądałem niedawno w kinie Indiana Jonesa. Nie jest zły. Wiele razy nawiązuje do poprzednich części. W bardzo dobry sposób są też odzwierciedlone realia, w których ma miejsce akcja. Takie rzeczy jak miasteczko manekinów, bójka w barze, pościg w dżungli, hangarze czy pierwsza scena filmu były bardzo klimatyczne. Sam motyw Daenikenowski nie był zły. Standardowo główny zły został na końcu ukarany, po czym wszystko skończyło się dobrze i szczęśliwie, włącznie z wyznaczeniem następcy Indiany Jonesa poprzez symboliczne podniesienie kapelusza. Ogólnie dałbym mu 4/5 za utrzymanie stylu. Mimo wszystko Iron Man wydaje mi się znacznie lepszy.

Byłem także z Tomkiem na Sukiyaki Western Django. Film wyreżyserowany przez Takashi Miike, twórcy takich fimów jak Izo, Ichi the Killer, czy nadchodzącego wkrótce Yattamana (tak, będzie ekranizacja tego anime). Co tu dużo mówić o tym filmie- GENIALNY. W pełnym tego słowa znaczeniu. Nawet nie będę go opisywał- jest to „must see” każdego konesera. W jedną z ról wciela się także Tarantino, powiem wam dla ciekawości. Na sto procent kupie na DVD jeśli wyjdzie.

Następny film, który koniecznie musicie obejrzeć- Elizabeth: The Golden Age. Jest to wspaniały film historyczny i kostiumowy. Byłem nim zachwycony. Wspaniale budowany klimat. Oczywiście jest tendencyjny w ten sposób, że- dobrzy Anglicy- źli Hiszpanie. W każdym bądź razie trzeba zobaczyć. Dla mnie był cudowny i poleciłbym każdemu kto lubi filmy historyczne. (btw. królową gra ta dupa która grała Rosjankę w Indiana Jones- Cate Blanchett)


Nie wiem jak bardzo jesteście świadomi posuwającego się w produkcji filmu aktorskiego Dragon Ball. Wszystko fajnie i elo- jak byłem dzieckiem marzyłem o tym żeby obejrzeć wersję aktorską tego anime- ale czemu Goku musi grać jakaś ciota? W sumie Bulma i Chichi jakoś najbardziej pasują do swoich ról.

Ostatnio fryzjerka ścięła mi włosy strasznie krótko. Chyba nie miałem tak krótkich włosów od czasów pierwszej gimnazjum. No cóż, nie wygląda to źle. W najbliższym tygodniu pójdę jeszcze raz do fryzjera się przefarbować.

Co do muzyki to ostatnio zacząłem słuchać The Clash. Także zupełnie przez przypadek natknąłem się na zespół The Breeders. Próbuję także wytrzasnąć sobie Battles, ale próbki jak na razie średnio mi się podobają. The Breeders mimo wszystko rządzi.

Na sam koniec peanut butter jelly time, na którego miałem ostatnimi czasy straszny fetysz. Made by Brian in Italiano:







Żywotny tydzień


Link 04.05.2008 :: 19:08 Komentuj (5)
Ach co to był za tydzień.

W piątek pojechałem do Warszawy. Podróż przejechałem z tow. Mateuszem expressem (60 zł. w jedną stronę niestety). Na szczęście kilka dni wcześniej odebrałem w końcu utęsknioną legitymację, dzięki czemu miałem studencką zniżkę. Podróż minęła bardzo szybko, gdyż trwała zaledwie ok. 3 godzin. Z Mateuszem zbijaliśmy się z "pejzarzy" obok których przejeżdzaliśmy. Klasyczna Polska. Pola, pola, pola, kościół, pola, pola, las, pola, ziemianka, pola, wieś, kościół, pola, pola, pola, las, pola. Widzieliśmy też prawdziwych dzikich polaków. Jedni z nich orali za pomocą homąta pole, gdzie indziej dzika polska babcia spała w sianie przy torach. Widzieliśmy nawet chyba prawdziwego przywódcę stada dzikich polaków. Miał prawdziwy wielki brzuch od miodu i dziczyzny oraz długie gęste wąsy. Spoglądał na dolinę (w zasadzie to jamę) swym władczym wzrokiem niczym władca lasu- stary Bambiego. Brakowało mu tylko kontuszu. Wyobraziliśmy sobie z Mateuszem sceny niczym z dzikiego zachodu jak turyści w kowbojskich kapeluszach strzelają przez okna pociągu do galopujących stad dzikich polaków. Mateuszowi, jak zobaczył babcię na sianie przypomniał się jeden z odcinków Time Squad (tu miał być link do tego kawałka ale niejaki JewTube jest sprzedajną i komercyjną dziwką więc nietety). Mi natomiast przyszedł na myśl fragment podręcznika Dzikich Pól. W dziale "Ludy i bestyje", Pars prima: Typy plebejskie, albo Pospolitacy, są wymienione, jak to tytuł dzialu wskazuje wszelkiej maści ludy... Jednakże Cham, plebej, alias chłop polski znajduje się dopiero w dziale Pars secunda: Zwierz łowny i leśny. Stwierdziliśmy też, że w ramach propagowania kultury, tradycji i patriotyzmu ludzie chodzący w kontuszu powinni mieć zagwarantowany darmowy transport miejski oraz nie powinni dostawać mandatów za picie w miejscu publicznym. Niech żyje sarmatyzm!

Po tym jak wylądowaliśmy w W-wie chcieliśmy przejść się do kultowego Hard Rock Cafe gdzie mają takie artefakty jak gacie Madonny +2. No ale niestety skończyliśmy w kawiarni obok (piwo 0,3 10 zł- WTF?). Potem umówiłem się jeszcze ze starym warszawskim kumplem Wieczorem na piwo. Następnie przedesantowałem się do Pavulona, gdzie zjadłem obiad (Pav nauczył mnie robić nowego spaghetti, które kiedyś wrzucę na gastrobloga). Wieczorem poszliśmy sobie do Piano Bar na dzban piwa. Później złapaliśmy gastrofazę, a że był piątek to spędziliśmy godzinę jeżdżąc metrem by po północy przejść się na warszawskiego kebaba. Okazało się że Kargul nie ma kluczy do bramy od mieszkania i musiał wchodzić przez jakieś skarlałe okno od kuchni :<

Następnego dnia poszliśmy kulturalnie z rana na kawę. Do Krakowa wróciłem jakoś po południu bo wcześniej był jakiś zergrush Homoseksualnych Barbarzyńców na Słowiański Czysty Gród Kraka. Naszczęście nie uczestniczyłem w tym plugawym incydencie. Wieczorem za to poszedłem do Janusza (aka Babcia Janina) na urodziny. Chlałem przez cały wieczór. Rano nie miałem kaca na szczęście.

Przez następne dwa-trzy dni wpadałem do Marcina gdzie uprawialiśmy zdrowo jogging i strzelaliśmy z hakownicy. Nie ma to jak strzał z działa o poranku (wiem że niektórzy z was od razu dorobią do tego podtekst seksualny). W czwartek też Marcin zrobił u siebie pro grilla i znowu była libacja.

Przez kilka ostatnich dni pogoda jest zajebista, bo cały czas pada deszcz i nie chce się człowiekowi nic robić. Pogrywam więc sobie troszkę w DoW: Dark Crusade, jak i czytam dalej Śnieg Pamuka.

Wczoraj wpadłem z Tomkiem na imprezę constarową do Loch Ness. Wypiliśmy po kilka piw. Tomek się masakrycznie napierdolił, no a ja wypiłem sobie tylko jakieś 3-4 piwa. Było dość kulturalnie, np. gadałem z wicekonsulem USA o komiksach Marvela i DC. Rozmawialiśmy o tym jak zniszczyli w ostatnich seriach Spider-mana. W drodze powrotnej z Tomkiem wydarzyło się coś zaskakującego. Coś co się robi zazwyczaj po pijaku, a budząc rano mówi się: WTF? Co to kurwa jest?!.

Dowiedziałem się też czegoś ciekawego. Mianowicie 21 stycznia 2008 roku, kiedy nastąpiła druga fala ataków, została oficjalnie wypowiedziana wojna "Kościołowi" $cjentologii przez grupę ludzi zwaną Anonymous ($cjentolodzy twierdzą, że to słudzy Marcabów, czyli taką flotę gwiezdną Antychrystów czy kogoś tam- w każdym bądź razie są źli i be). 22 stycznia Heath Ledger został skazany na śmierć (prison break) przez $cjentologów jako więzień polityczny ze względu na nieustające ataki na serwery i linie telefoniczne. 23 Tom Cruise ogłosił ewakuację serwerów i przeniesienie do baz danych firmy która przez następne dni była spamowana z całego świata mailami, telefonami i faxami. Oczywiście wezwania Anonymous nie obeszły się bez reakcji samych $cjentologów (jak i gejów, furluminati, oraz chrześcijan). Ogólnie działo się jeszcze wiele lulzów i na 10 maja jest planowana następna fala protestów/ ataków. For the glory of the Empire(/ lulz/ god and win/ great justice/ delicious cake)!



Gastroblog cz. 3


Link 23.04.2008 :: 15:15 Komentuj (1)
Od wczorajszego wpisu wydarzyło się w sumie niewiele rzeczy.

Wczoraj przyjechał Tomek z Lublina i wnosząc do mieszkania dwie reklamówki piwa oznajmił nam triumfalnie, że się zaręczył. No więc koniec już żartów, że Tomek jest największym no-lifem. Brakuje teraz tylko, żeby obronił magisterkę i zostanie magistrem inżynierem. Dzisiaj przyszedł z kolei i oznajmił, że zmienia sposób pisania pracy na czysto teoretyczny żeby nie musiał pracować na tym sypiącym się sprzęcie w laboratoriach. Już nie raz się zdarzało, że wsadzał reaktor do wiadra z wodą żeby sprawdzić gdzie jest nieszczelny. No nic. Tomaszowi i Kasi życzymy wszystkiego najlepszego na nowej uporządkowanej ścieżce życia ;]

Ja dzisiaj z kolei poszedłem rano do galerii i kupiłem w końcu soba. W wyglądzie niczym nie przypomina udon. W dodatku jest gryczany. Teraz muszę się tylko zastanowić co zrobić z tym makaronem udon. Zostało mi też po zaru-soba pół garnka dashi i jakieś 3/4 sosu do zaru-soba. Z tego co wiem jest dobry do tempury. W sumie nic nie stoi też na przeszkodzie żeby jutro zjadł znowu to samo biorąc pod uwagę, że musiałbym tyko ugotować makaron (co trwa 6 minut).

Na zamieszczonym zdjęciu oprócz zaru-soba jest mój pr0 kwiaton. No i sencha z goji i melonem (to są chyba kwiaty melona bo kawałków owoców tam nie znalazłem).

Zaru-soba

Składniki:
pęczek makaronu soba,
szklanka dashi (z esencji wychodzi z tego taki mały garnuszek, czyli 2-3 szklanki- z nadmiaru zrobię chyba omlety),
100 ml sosu sojowego Kikkoman (ja dałem 50 bo nie potrzeba mi było tyle sosu na jedną porcję),
50 ml mirinu (na jedną porcję mniej ale kto oszczędza sake?),
1 łyżka cukru,
ok. 1/2 arkusza nori,
1/4 kostki tofu,
łyżeczka posiekanego szczypiorku,
wasabi (ja akurat jadłem bez)


Przygotowanie:
W miseczce mieszamy składniki na sos, czyli- dashi, sos sojowy, mirin i cukier. Podgrzewamy, chyba że dolewamy gorące dashi, to wtedy to nie jest konieczne. Sos przelewamy do miseczki. Makaron gotujemy al dente ok. 6 minut, następnie przecedzamy i przepłukujemy zimną wodą . Potem wsadzamy do miski z zimną wodą i kostkami lodu, żeby się schłodził. Gdy już jest zimny przekładamy go do miski i obsypujemy rozdrobnionym i przypieczonym nori (ja mam kuchenkę gazową więc wykorzystałem do tego duży płomień i stalowy cedzak), tofu pokrojonym w kostkę i szczypiorkiem. Teraz pozostało tylko to zjeść namaczając zimny makaron w ciepłym sosie. Zielona herbata do posiłku wskazana. ;]

Jak już wcześniej napisałem tego sosu zostało mi od cholery. Mógłbym sobie jeszcze pięć porcji z nim zjeść, więc radzę nawet jeszcze bardziej zmniejszyć proporcje które podałem.


Gastroblog cz. 2


Link 22.04.2008 :: 17:08 Komentuj (6)
Ostatnio zacząłem sobie robić omlety jako takie pseudo-posiłki. Zazwyczaj jem je albo pomiędzy śniadaniem i obiadem, gdy obiad jest późno, lub po obiedzie kiedy zjem go wcześnie i jestem głodny w ciągu dnia.

Przepis jest bardzo prosty, a omlety są na prawdę wyśmienite.

Jako sosu sojowego użyłem oczywiście Kikkomana, gdyż jak wiemy jest to najlepszy ze wszystkich sosów. Chyba nie muszę nikomu o tym przypominać ale w razie gdyby byli jacyś looserzy którzy o tym nie wiedzą to elo.

Omlety

Składniki:
dwa jajka,
sos sojowy
Kikkoman,
bulion (ja robie ze zwykłej kostki ale powinien byc dashi),
łyżeczka cukru,
szczypiorek z dymki,
grzybki marynowane (w sumie to tylko dodatek więc nie muszą być)

Przygotowanie:
Jajka wbijamy do miski. Dolewamy tak ok1/2 szklanki bulionu. Następnie wsypujemy łyżkę cukru i wlewamy ok. łyżeczki sosu sojowego. Mieszamy tak, żeby masa nie złapała powietrza. Wlewamy na lekko rozgrzaną patelnię z małą ilością tłuszczu. Staramy się żeby nie porobiły się pęcherze. Gdy omlet się zetnie zwijamy go w rulonik i odkładamy na talerz. Masy powinno starczyć na dwa omlety. Na końcu posypujemy szczypiorem i możemy dodać grzybki. Prościej się chyba nie da. Smacznego :o

Tak jeszcze odemnie/ o mnie. Dzisiaj kupiłem sobie do pokoju piękną czerwoną begonię. Muszę teraz wykminić skądś ładną czerwoną donicę. Kupiłem też w końcu mirin, dzięki czemu będę mógł robić japońskie potrawy. Szukałem też dla siebie jakiejś filiżanki w moich klimatach, ale jak w końcu znalazłem okazało się, że ceni się 48 zł za sztukę:<

Zamówiłem sobie fajną fajkę z tajlandii typu hookah. Będę mógł się lansować w samotności na moim star trekowym fotelu xD

Jutro albo dzisiaj na obiad przygotuję zaru-soba. Na razie jednak chyba wszystko wskazuje na to, że jutro jest bardziej prawdopodobne, gdyż już jest późno, a wieczorem nie lubie siedzieć w kuchni.

Od niedzieli zdążyłem obejrzeć cały sezon xxxHolic. O dziwo jak wskazywałby tytuł nie jest to hentai tylko dość dziecinne anime. Kreska jest strasznie tandetnie mangowa, ale właśnie tym mnie to anime urzekło, do tego stopnia że nie mogłem się od niego oderwać. No i ładny soundtrack. A wszystko w klimatach duchy, demony, ezoteryka, bez żadnych cycatych loli z wielkimi spluwami. Żadnych mechów, androidów, wielkich spluw, seksu i podskakujących cycków. Dawno nie widziałem anime bez któregoś z tych elementów i że tak powiem byłem oczarowany i zdumiony że są jeszcze anime bez nich. Nie ma jakoś specjalnie liniowej fabuły i posiada 24 odcinki. Do tego dochodzi jeden film i teraz wychodzi nowa seria, z której ukazały się 2 czy 3 odcinki. Druga seria już ma fabułę przewodnią więc odcinki trzeba by oglądać po kolei. Mi się na prawdę świetnie to oglądało. Naprawdę polecam. 

Obejrzałem też trzy odcinki Mnemosyne. Na każdy przypada przynajmniej raz seks lesbijski z jakimiś udziwnieniami (fetysze w postaci wbijania szpikulców w ciało, seks jako zapłata lub z loli). Ogólnie rzecz biorąc jak się okazuje wszyscy chcą zabić główne bohaterki. A przedtem zgwałcić. Niektórzy zapewne nawet po zabiciu. Niepolecam.

Oglądałem też ostatnio znowu Full Metal Alchemista. Nadal mam wrażenie, że Ed i Al są jakimiś pedałami, skoro zamiast zostać z Winry/ Rose lub zabrać je ze sobą, przez cały czas zostawiają je gdzieś i ratują tylko siebie. Japończycy mają jakiś pokręcony system wartości.

PS. Special thanks dla Sebastiana za pomocne rady do przepisu.

Fin

Edit:
Okazało się że zamiast makaronu soba kupiłem makaron udon czyli muszę iść jeszcze raz do sklepu.

I tak btw. na obiad zjadłem jednak spaghetti bolognese z tuńczykiem.

Chciałem się też pochwalić, że kupiłem sobie ostatnio dwie zajebiste zielone herbaty.
Pierwsza to mały budda- zielona herbata sencha z kawałkami ananasa, papai, lukrecji, drzewa sandałowego, czerwonej papryki i kwiatami rumianku.
Druga to sencha z owocami goji i mango.
Obydwie są wyborne więc zapraszam do siebie na filiżankę herbaty.


Załóż bloga


Archiwum

2011
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2010
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2009
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2008
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2007
grudzień
listopad
październik


Lo! 'tis a gala night
Within the lonesome latter years!
An angel throng, bewinged, bedight
In veils, and drowned in tears,
Sit in a theatre, to see
A play of hopes and fears,
While the orchestra breathes fitfully
The music of the spheres.
Mimes, in the form of God on high,
Mutter and mumble low,
And hither and thither fly-
Mere puppets they, who come and go
At bidding of vast formless things
That shift the scenery to and fro,
Flapping from out their Condor wings
Invisible Woe!

That motley drama- oh, be sure
It shall not be forgot!
With its Phantom chased for evermore,
By a crowd that seize it not,
Through a circle that ever returneth in
To the self-same spot,
And much of Madness, and more of Sin,
And Horror the soul of the plot.

But see, amid the mimic rout
A crawling shape intrude!
A blood-red thing that writhes from out
The scenic solitude!
It writhes!- it writhes!- with mortal pangs
The mimes become its food,
And seraphs sob at vermin fangs
In human gore imbued.

Out - out are the lights - out all!
And over each quivering form,
The curtain, a funeral pall,
Comes down with a rush of a storm -
And the angels, all pallid and wan,
Uprising, unveiling, affirm
That the play is the tragedy, `Man`,
And its hero, the conqueror Worm.


The conqueror Worm
Poe Edgar Allan


Linki

Zorganizowany Atak Ćmów
Outerheaven


Księga gości


Wyślij wiadomość

powered by Ownlog.com & Fotolog.pl